| |
O. Wacław
Stanisław Chomik, Minister Prowincjalny
Homilia na pogrzebie o. Łukasza Jana Schwietza
J 11, 17-27 (Wskrzeszenie Łazarza)
Są takie chwile w życiu naszym, w których bardziej wypadałoby milczeć
aniżeli mówić. Czy liturgia żałobna jest taką chwilą? Wydaje się, że tak.
Ale pytam, czy milczenie ukoiłoby nasz ból z powodu utraty współbrata w
życiu konsekrowanym i kapłańskim? Czy milczenie byłoby wystarczającą
pociechą, kiedy smutkiem płacze serce rodzonych sióstr, najbliższych z
rodziny i przyjaciół? Milczenie niczego w bólu ludzkim nie rozwiąże, a
zwłaszcza wtedy, gdy zasklepi się w bólu, a ból zasklepi się w sobie. Bólu
trzeba dotknąć, trzeba go wypowiedzieć, nie pomniejszać ani nie
powiększać. Trzeba o nim mówić otwarcie, tak otwarcie, jak to uczyniła
Maria, siostra Łazarza: „Panie, gdybyś tu był, mój brat by nie umarł”.
Porównanie, choć można je zastosować, wydaje się nieadekwatne. Nie możemy
przecież dopuścić faktu, by przy śmierci o. Łukasza nie było Jezusa
Chrystusa, parę dni po jubileuszu 55-lecia życia zakonnego. Wierzymy, że
był w jego śmierci, tak jak był w jego 13-letnim cierpieniu, a wcześniej w
jego 48-letniej posłudze kapłańskiej. Podstawę takiej wiary daje nam św.
Paweł Apostoł w 2. Liście do Koryntian: „Siebie samych badajcie, czy
trwacie w wierze, siebie samych doświadczajcie! Czyż nie wiecie o samych
sobie, że Jezus Chrystus jest w was?”
Wspomniałem, że czynna posługa kapłańska ś. p. o. Łukasza Schwietza trwała
48 lat. Na te wszystkie lata składa się jego pobyt i praca w różnych
klasztorach Prowincji św. Jadwigi, w kraju i za granicą. Był duszpasterzem
kolejno w Prudniku, Głubczycach, Kłodzku, Borkach Wielkich, Gliwicach,
Marienweiher i Norymberdze. Klasztor we Wrocławiu był mu ostatnim,
praktycznie mówiąc nieustannym szpitalem.
Poznałem o. Łukasza w nowicjacie w Borkach Wielkich. Przybył tu z Kłodzka
pod koniec sierpnia w 1973 r. i objął urząd gwardiana i proboszcza. Jako
gwardian i proboszcz był gospodarny. Nie ograniczał się jednak do trosk
materialnych w domu zakonnym i parafii, troszczył się o każdego człowieka.
Umiał życzliwie rozmawiać z nowicjuszami i parafianami, nie wytwarzał
wokół siebie klimatu stresującego. Jego twarz pogodna, uśmiechnięta,
zachęcała do osobowego spotkania i wzajemności. Czas boreckiego
duszpasterzowania, jak mi się wydaje, należy uznać za najbardziej
rozwojowy w jego życiu kapłańskim. Czyż nie jest tak, parafianie boreccy,
którzy tak licznie przybyliście na pogrzeb waszego duszpasterza? Dziękuję
wam, że jesteście. Musiał to być dobry pasterz, na wzór Jezusa „Dobrego
Pasterza”, skoro przetrwała lata wasza o nim pamięć i zawiązała się miłość
aż po grób.
Był Jezus w godzinie śmierci o. Łukasza. A skoro był, to dlaczego pozwolił
mu umrzeć? Pozwolił mu umrzeć dlatego, by obdarzyć go nowym życiem, już
bez grzechu i cierpienia. Taka jest logika naszej egzystencji. Inaczej
mówiąc, Jezus wziął go do siebie, do domu Ojca, gdzie sam przebywa. „W
domu Ojca mego wiele jest mieszkań – mówi Jezus; gdyby było inaczej, to
bym wam powiedział (ile tu miłości i prawdy). Idę przygotować wam miejsce.
A jeśli pójdę i przygotuję wam miejsce, przyjdę znowu i wezmę was do
siebie, abyście i Wy byli tam, gdzie Ja jestem” (J 14, 2.3).
Był Jezus w godzinie śmierci o. Łukasza. Wziął go do siebie w momencie
ekstremalnego bólu, kiedy choroba zatruwała mu organizm do reszty. Był
Jezus z nim 13 lat temu przy rozległym wylewie. Gdy lekarze, po ludzku
mówiąc, nie dawali mu szans na wyzdrowienie, miłość Jezusa goiła mu rany.
Czyż nie boski Lekarz sprawił odrodzenie się Łukaszowego ciała? „Patrzcie,
jak go miłował” – mówili świadkowie wskrzeszenia Łazarza. „Patrzcie, jak
go miłował” – mówimy, świadkowie życia o. Łukasza. Po rozległym wylewie
Jezus był jeszcze z nim w życiu przez lat 13. To nic, że w cierpieniu, a
raczej tym bardziej w cierpieniu, aby miłością Boską koić jego ból.
Był Jezus w godzinie jego śmierci… I jest z nami, w tym świętym
zgromadzeniu. Jest Słowem i Eucharystią, Życiem i Zmartwychwstaniem. Rzekł
Jezus do Marty, mówi i do nas: „Jam jest zmartwychwstanie i życie. Kto
wierzy we Mnie, choćby i umarł, żyć będzie, i każdy, kto żyje i wierzy we
Mnie, nie umrze na wieki. Czy wierzysz w to?”
Liturgia pogrzebowa, której jesteśmy uczestnikami, jest właściwym momentem
wyznania osobistej wiary: „Wierzę w ciała zmartwychwstanie i życie
wieczne” (Skład Apostolski). Wierzę, że z racji przyjętego chrztu św.
Jezus Chrystus jest we mnie, że jest Duch Święty, wołający we mnie: „Abba,
Ojcze!” (Ga 4, 6), i dzięki któremu ja też, choć jestem słaby i mizerny w
życiu, mogę wołać: „Abba, Ojcze!” (Rz 8, 25). A skoro taka jest moja
wiara, to przed trumną o. Łukasza muszę sobie uświadomić, że:
Jedno tylko mam życie
- niepowtarzalny czas rzeźby,
- czas trudnej szkoły,
- szansa wzrostu…
Jedno tylko mam życie.
Wrocław, 2 X 2007 r., kościół św. Antoniego |
|