|

JUBILEUSZOWY PARAFIALNY ODPUST W ASCENSIÓN DE GUARAYOS

Bp Bonifacy Antoni Reimann OFM nadesłał artykuł napisany przez naszego współbrata, o. Kacpra Kapronia OFM, o odpuście parafialnym w Ascensión w Boliwii, który w tym roku odbędzie się po raz dwusetny.

To się zaczyna niewinnie. Najpierw ktoś mówi: „w tym roku trzeba zrobić coś wyjątkowego na parafialny odpust”. A potem nagle okazuje się, że całe Ascensión de Guarayos wchodzi w tryb przygotowania uroczystości, którego nie da się zatrzymać. Plakaty pojawiają się wszędzie – na ścianach, w sklepach, przy placu, przy kościele – i każdy z nich mówi jedno: to nie będzie zwykła fiesta. To będzie coś więcej. To będzie historia, która dzieje się tu i teraz.

Bo odpust w Ascensión nie jest tylko wydarzeniem religijnym. To nie jest też tylko festyn. To jest moment, w którym całe miasto przypomina sobie, gdzie są jego korzenie i dlaczego w ogóle istnieje. A odpowiedź – choć dziś ubrana w kolorowe stroje, muzykę i konkursy – prowadzi prosto do franciszkanów, którzy kiedyś przyszli tutaj z Ewangelią i już tutaj zostali.

Widać to choćby w tym, jak naturalnie dziś współpracują ze sobą parafia i miasto. Nikt tu nie robi sztucznego podziału: „to świeckie, a to kościelne”. Msza święta, procesja, koncert muzyki barokowej, desfile mody, wybory miss, konkurs fotografii – wszystko układa się w jedną opowieść. Jakby ktoś z boku próbował to uporządkować, pewnie by się pogubił. Ale tutaj nikt się nie gubi. Tu się to po prostu… żyje.

Najpierw jest kościół – centrum, serce, miejsce, gdzie wszystko się zaczyna. I nie chodzi tylko o budynek, choć ten – patrząc na zdjęcia „1826 i 2026” – robi swoje. Chodzi o to doświadczenie wspólnoty, które nadal jest żywe. Kiedy dzwony biją, ludzie wiedzą, że to jest zaproszenie. A właściwie – jakby powiedział ktoś bardziej teologicznie – to sam Pan Bóg zbiera swój lud.

A potem zaczyna się fiesta.

I tutaj robi się ciekawie, bo Ascensión nie próbuje być „bardziej święte niż papież”. Nie ma tu tej znanej z niektórych miejsc sztucznej powagi, gdzie każdy boi się uśmiechnąć, żeby nie zostać posądzonym o brak ducha modlitwy. Tu nikt nie udaje. Ludzie modlą się naprawdę – a potem naprawdę się cieszą.

Weźmy choćby wybory miss. A właściwie – wybory w liczbie mnogiej. Bo skoro świętować, to porządnie. Jest klasyczna Miss Ascensión – te młode, osiemnastoletnie dziewczyny, które z jednej strony przypominają finał jakiegoś latynoamerykańskiego show, a z drugiej… są po prostu córkami tej ziemi, wychowanymi między kościołem a placem, między katechezą a codziennością. Ale obok nich pojawia się jeszcze coś piękniejszego: Miss Yari, czyli wybory dla kobiet 50+. I tu nagle wszystko się zmienia. Bo to już nie jest tylko konkurs piękności. To jest hołd dla życia. Dla tych kobiet, które niosły tę wspólnotę przez lata. Które pamiętają więcej, niż niejeden kronikarz zapisał. I kiedy jedna z nich dostaje koronę, to wszyscy klaszczą – i trochę się wzruszają.

Albo „desfile moda artesanal”, czyli – po naszemu – pokaz mody tradycyjnej. To nie jest wybieg z Paryża. To jest wybieg z pamięci. Każdy strój niesie historię, ręce, które go zrobiły, i kulturę, która nie zginęła. I nagle okazuje się, że to, co ktoś mógłby nazwać „lokalnym folklorem”, tutaj jest czymś znacznie głębszym: żywą tożsamością.

A potem jeszcze konie. Wielkie wejście jeźdźców, kurz, kapelusze, muzyka jak z filmowego westernu. Gdzieś w tle ktoś mówi: „to tylko tradycja”. Ale nie do końca. To sposób bycia razem, sposób świętowania życia, które nie jest odcięte od wiary, tylko przez nią oświetlone.

I jeszcze motocykle. Bo przecież to jest Boliwia. Wyścig motocrossowy dla tych wszystkich, którzy na co dzień i tak jeżdżą jakby trenowali do zawodów. Tu motocykl nie jest hobby. To styl życia. To środek transportu, ciężarówka, autobus rodzinny i czasem mobilny magazyn w jednym. Europejska firma logistyczna mogłaby się tu sporo nauczyć – choć pewnie najpierw musiałaby przejść kurs odwagi. Kiedy widzi się ojca, który na jednym motorze wiezie troje dzieci, dwa worki ryżu i jeszcze psa, zaczyna się rozumieć, że to nie jest improwizacja. To wyższa szkoła życia.

A skoro już jesteśmy przy sporcie – są też rozgrywki piłkarskie. Młodzi chłopcy biegają po boisku z powagą przyszłych reprezentantów kraju, jakby za chwilę mieli wyjść na murawę w barwach narodowych. I tu aż się prosi o jedno porównanie: patrząc na wyniki reprezentacji Boliwii, można odnieść wrażenie, że ich mundialowe marzenia stoją mniej więcej w tym samym miejscu co polskie – czyli gdzieś między nadzieją a szybkim powrotem do domu. W tym roku Polacy odpadli w barażach ze Szwecją, a Boliwia mierzyła się z Irakiem – i trudno powiedzieć, kto w tej opowieści ma większe powody do sportowej pokory. Jedni i drudzy dobrze znają smak „prawie się udało”.

Ale prawda jest taka, że tutaj naprawdę nie chodzi o wyniki. Chodzi o radość gry, o bycie razem, o ten moment, kiedy chłopak z Ascensión może przez chwilę poczuć się jak gwiazda stadionu – nawet jeśli trybuny to kilka plastikowych krzeseł, kurz zamiast murawy, a komentatorami są koledzy stojący przy linii bocznej. I może właśnie dlatego ten futbol ma w sobie coś czystszego niż niejedna wielka liga.

I jeszcze muzyka.

Nie jakaś przypadkowa, tylko ta, która przetrwała wieki – barokowa, misyjna, wyciągnięta z archiwów, ale żyjąca w rękach i głosach ludzi. Kiedy orkiestra z Urubichá zaczyna grać w kościele, nagle robi się jasne, że historia misji franciszkańskich to nie tylko daty. To dźwięk. To harmonia. To coś, co przeszło przez pokolenia i nie zginęło.

Ale potem przychodzi wieczór… i zmienia się klimat. Bo obok baroku pojawia się też lokalny pop – taka tutejsza, latynoska odmiana disco polo. Podczas serenaty rozbrzmiewają proste rytmy, melodie, które wpadają w ucho po pierwszych trzech sekundach, i refreny, które – nawet jeśli ktoś udaje, że ich nie zna – i tak po chwili zaczyna nucić. I nagle robi się bardzo swojsko. Tak swojsko, że człowiek ma wrażenie, jakby przeniósł się na wesele gdzieś na polskiej wiosce spod Białegostoku.

Bo na scenie pojawiają się artyści, którzy spokojnie mogliby stanąć obok Zenka Martyniuka czy zespołu Bayer Full – tylko że zamiast akordeonu mają trochę więcej latynoskiego temperamentu, a zamiast „jesteś szalona” – coś w rytmie cumbii czy choveny. I kto wie, może gdzieś w tle dałoby się usłyszeć lokalną wersję „Przez twe oczy zielone”, tylko że z hiszpańskim akcentem i pod palmami zamiast brzozowego zagajnika.

I nagle okazuje się, że ta sama wspólnota, która przed chwilą słuchała muzyki z XVII wieku, teraz tańczy przy czymś, co łączy dwa światy – Podlasie i boliwijską selwę. I nikomu to nie przeszkadza. Bo tu nie ma sztucznych podziałów. Tu wszystko jakoś naturalnie się spotyka – i zostaje.

I gdzieś w tym wszystkim – między konkursem fotografii a procesją, między śmiechem dzieci a powagą Eucharystii – widać wdzięczność. Nie wykrzyczaną, nie patetyczną, nie „na pokaz”. Po prostu obecną.

Wdzięczność za to, że ktoś kiedyś przyszedł tutaj z wiarą i został. Wdzięczność za to, że Kościół nie był tylko instytucją, ale miejscem, gdzie rodziła się wspólnota. Wdzięczność za to, że dziś można świętować bez udawania – ani przesadnej pobożności, ani sztucznej nowoczesności.

Bo Ascensión de Guarayos nie próbuje być czymś innym. Ono po prostu jest sobą. I może właśnie dlatego ten odpust działa. Bo nie jest spektaklem. Nie jest też muzeum religijnym. Jest życiem – takim trochę chaotycznym, trochę głośnym, momentami nie do końca „pod linijkę”, ale prawdziwym.

A w tym wszystkim – gdzieś między śmiechem, muzyką, rykiem motocykli i dźwiękiem dzwonów – naprawdę można zobaczyć Kościół. Nie ten z podręczników, lecz ten, który oddycha. I który, o dziwo, całkiem dobrze tańczy.

O. Kasper Mariusz Kaproń OFM, proboszcz w Ascensión